Wywiad z Fredem Woodworthem na 40-lecie The Match!

The Match!Fred Woodworth jest wydawcą jednego z najdłużej ukazujących się i w mojej opinii najciekawszego pisma anarchistycznego na świecie, amerykańskiego The Match! Pismo to zasługuje na uwagę nie tylko ze względu na niezwykle wysoki poziom merytoryczny, ale absolutnie niepowtarzalny układ graficzny. Fred składa i drukuje je samodzielnie wykorzystując w tym celu urządzenia drukarskie, z których część pamięta XIX-wiek (zostały one jednakże zmodyfikowane przez niego tak, by działać w oparciu o energię pozyskiwaną z paneli słonecznych). Efekt jest naprawdę porażający i jeśli sądzisz, że bez komputerów nie da się dziś zrobić niczego interesującego to mocno się mylisz. Co więcej, pismo jest darmowe (aczkolwiek mile widziane są datki, na pokrycie kosztów jego dystrybucji). Jeśli chciałbyś je otrzymać prześlij swoje dane – sugeruję też ukrycie w kopercie choć parę dolarów na przesyłkę – na adres: The Match!, P.O. Box 3012, Tucson, AZ 85702 USA. Wywiad przeprowadziła Violet Jones z Free Press Death Ship, którego to zina również serdecznie polecam (P. O. Box 55336, Hayward, California 94546 USA).

Jak zaczęła się Twoja przygoda z The Match!? Czy kiedykolwiek spodziewałeś się, że poświęcisz temu pismu przeszło 30 lat swego życia? Nigdy nie miałeś momentów zwątpienia, chwil załamania, w których myślałbyś o zakończeniu działalności wydawniczej?

Fred – The Match! był początkowo małym, niewiele znaczącym biuletynem Student Liberation Action Movement, grupy studenckiej sprzeciwiającej się cenzurze, przymusowemu poborowi do wojska i innym problemom, które zaprzątały głowę amerykańskiej młodzieży pod koniec lat 60-tych XX w. Tak się jakoś złożyło, że za każdym razem gdy wzrastała objętość pisma, spadała liczba osób zaangażowanych w jego tworzenie. W okolicach 12 numeru zostało już nas tylko pięcioro, sześć numerów później byłem już tylko ja i Paul Roasberry. Gdy w 1971 r. i on postanowił odejść, zdecydowałem, że będę kontynuować działalność wydawniczą samodzielnie, a że właśnie postawiono mi zarzuty o czynną napaść na policjantów i obawiałem się, że mogę trafić na kilka lat do więzienia poszedłem na całość i wyrzuciłem z siebie wszystko co leżało mi na sercu. Coś jak „ideowy wieczór kawalerski”.

Gdy kilka miesięcy później ława przysięgłych uznała, że to nie ja pobiłem policjantów lecz oni skatowali mnie, okazało się że nie tylko nie trafiłem do więzienia, ale i zyskałem pierwszych wiernych czytelników. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak tylko kontynuować rozpoczęte dzieło. Nieco później zainteresowałem się tradycyjnymi technikami drukarskimi i to był kolejny bodziec do dalszych prac nad pismem.

Przyznaję jednak, iż były takie okresy gdy poważnie zastanawiałem się nad zakończeniem działalności wydawniczej. Tak było zwłaszcza wtedy, gdy na lokalnej poczcie w niewyjaśnionych okolicznościach „zniknął” niemal cały nakład jednego z numerów pisma. W dokładnie tym samym czasie policjanci po cywilnemu zniszczyli wszystkie maszyny na gazety, w których wystawiałem The Match! na sprzedaż w Tucson. A jakby tego jeszcze było mało właściciel drukarni, z której usług wówczas korzystałem poinformował mnie, że FBI wywiera na niego nacisk, by zaprzestał współpracy ze mną. Wprawdzie nie zdecydował się on na zaprzestanie drukowania The Match!, ale dziwnym zbiegiem okoliczności, kolejne numery były powielane coraz słabiej – na wielu stronach pojawiały się plamy, druk rozmazywał się, a tekst był tak jasny, iż po prostu nie dało się go czytać. Nieco później cofnięto mi kredyt, co oznaczało, iż muszę zapłacić za druk z góry a nie, jak do tej pory po dwóch tygodniach od otrzymania ich z drukarni, a że byłem wówczas głodującym bezrobotnym bez dachu nad głową, musiałem zacisnąć zęby i przynajmniej na pewien czas zawiesić działalność wydawniczą.

Jakiś czas później udało mi się w sklepach z używanym sprzętem znaleźć kilka starych ale jeszcze całkiem sprawnych maszyn drukarskich, które nabyłem korzystając z pomocy finansowej mojej ówczesnej dziewczyny Lindy Wood. Dzięki tym maszynom stałem się całkowicie niezależny od korporacyjnych drukarni. Nie tylko byłem w stanie sam złożyć pismo, ale i je wydrukować. Pierwsze samodzielnie przygotowane numery dalekie były od doskonałości, ale ucząc się na własnych błędach dość szybko osiągnąłem satysfakcjonujący mnie poziom. Przede wszystkim pociągała mnie jednak idea do it yourself. Pozostawiając jakąkolwiek rzecz w cudzych rękach, narażasz się na utratę kontroli nad nią, w przypadku pism może to nawet grozić jego cenzurą. Postanowiłem więc zorganizować wszystko tak, by móc uczciwie powiedzieć, iż „zrobiłem to sam”.

Z biegiem czasu uczyniłem też wszystko co w mojej mocy, by bez wchodzenia w układy z dużymi dystrybutorami i uzależniania się od reklamodawców dotrzeć do możliwie najszerszej liczby czytelników. Jakkolwiek po zniszczeniu wspomnianych wyżej maszyn na gazety nigdy już nie udało mi się odbudować lokalnej bazy czytelniczej, w ciągu ostatnich lat zyskałem na całym świecie wierną rzeszę odbiorców, których oddanie wynagradza mi z nawiązką to niepowodzenie. Dziś po czterdziestu latach pracy nad pismem, nie wyobrażam sobie bym mógł robić cokolwiek innego.

Od 40 lat konsekwentnie propagujesz na łamach The Match! anarchizm. Co w tym czasie zmieniło się Twoim zdaniem w sposobie jakie kolejne pokolenia postrzegają ideę wolnego społeczeństwa?

Fred – Cóż nie sądzę bym mógł Cię w tej kwestii czymś zaskoczyć, obecnie praktycznie wszyscy myśląc o swym idealnym społeczeństwie w ten czy inny sposób kojarzą je z państwem. Kiedy byłem dzieckiem, wiele osób opowiadało się za systemem społecznym, w którym jednostki mogłyby nieniepokojone przez nikogo cieszyć się swym życiem. Obecnie każdy domaga się jakiejś asysty, dotacji, „reparacji” bądź też gwarancji, iż państwo niczym świecki Bóg będzie uważnie obserwowało jego każdy krok, na wieki, wieków amen. Zmiany społeczne, do których doszło w ciągu ostatnich 30-40 lat, jakkolwiek dramatyczne, nie spotkały się z jakimś zdecydowanym oporem albowiem wprowadzano je stopniowo. Dla przykładu, jeśli wyjdziesz poza środowisko czytelników zinów, czy jak kto woli „radykałów”, z pewnością zauważysz, że większość „zwykłych obywateli” postrzega problemy społeczne w kategoriach, czegoś wymagającego reform politycznych/administracyjnych. Stąd też ludzie tacy jak Noam Chomsky, który zdecydowanie opowiada się za wzmocnieniem/poszerzeniem niektórych programów państwowych postrzegany jest w niektórych „radykalnych” kręgach, jako czołowy rzecznik wolności. Wolność zaczęła być postrzegana przez wielu jako forma bezpiecznego życia, w którym za los jednostek odpowiedzialne są mądrzejsze i silniejsze osoby trzecie. Z drugiej strony, mamy też osoby w rodzaju Rusha Limbaugha, który sprzeciwiając się etatyzmowi w niektórych obszarach życia, nie ma nic przeciwko używaniu państwa do ścigania palaczy marihuany, czy ludzi bezczeszczących flagę narodową. Prawica skupia się bardziej na kwestiach moralnych, lewica zaś na ekonomicznych, ale i jedni i drudzy, w ostatecznym rozrachunku opowiadają się za systemem mrowiska, zarządzanego przez „prawidłowych ludzi, na prawidłowych miejscach”.

Ostatnio określając swoje poglądy zacząłeś używać określenia „etyczny anarchista”. W pewnym momencie poważnie zastanawiałeś się nawet na porzuceniem terminu „anarchizm” w związku z jego powszechnym kojarzeniem z osobami i akcjami, które pozostają w całkowitej sprzeczności z Twoim rozumieniem tego słowa. Termin ten od dawien dawna wywoływał różnego rodzaju nieporozumienia, dlaczego zatem dziś po przeszło trzydziestu latach używania go uznałeś, że być może nastał czas by go porzucić?

Fred – Na wstępie – by nie było wątpliwości – zastanawiam się jedynie nad porzuceniem terminu „anarchizm”, nie zaś kryjącej się za nim idei. Niestety termin ten coraz bardziej traci na znaczeniu. Na całym świecie zaczęli się nim posługiwać ludzie zachowujący się jak naziści, z którymi nie mam absolutnie nie wspólnego i których nigdy bym nie zaprosił do własnego domu. Każda ich akcja jest natychmiast nagłaśniania, albowiem media uwielbiają przeciwników status quo, którzy sami wystawiają się na pośmiewisko. Nie sądzę bym miał cokolwiek wspólnego z większością z tych zamaskowanych bandziorów bazgrolących na murach „A” w kółku. Jeśli uda im się przekonać większość społeczeństwa, iż to właśnie oni reprezentują anarchizm, będę musiał zrezygnować z posługiwania się tym terminem. Znaczna część z nich bez żenady opowiada się za kradzieżami oraz atakami na osoby, z którymi się nie zgadzają, coraz bardziej zbliżając się w swych poglądach do marksizmu. Podejrzewam zresztą, iż jednym z głównych powodów, dla których określają się oni anarchistami, jest fakt, iż gdy upadł Związek Radziecki, termin „komunizm” został tak dalece zdyskredytowany, iż nawet twardogłowi marksiści zostali zmuszeni do jego porzucenia. Poszukując nowego określenia dla swych idei natrafili na anarchizm, który nikomu nie kojarzył się z autorytaryzmem, służbą bezpieczeństwa, gułagami, szykanowaniem dysydentów, itp. i tak chcąc choć nieco odbudować swój wizerunek zaadaptowali ten termin dla własnych celów – takie jest przynajmniej moje zdanie. Niezależnie jednak od tego czy mam w tej kwestii rację, czy też nie, faktem jest, że większość z owych „anarchistów” skupia się przede wszystkim na zwalczaniu kapitalizmu, nie zaś państwa, zaś ich światopogląd jest zdecydowanie bliższy marksizmowi, niż ideom głoszonym przez klasycznych anarchistów.

Dziś mało kto już o tym pamięta, ale kilka dekad temu termin libertarianizm był powszechnie używany przez anarchistów na oznaczenie własnych poglądów. Jednak gdzieś w początku lat 1970. termin ten przechwycili zafascynowani ideami Ayn Rand Republikanie, pragnący odciąć się od religijnej prawicy, z którą zaczęła być powszechnie kojarzona ta partia. Manewr ten udał im się do tego stopnia, iż anarchiści całkowicie przestali określać się mianem libertarian. W sytuacji gdy Republikanie zawłaszczyli jeden termin, zaś komuniści drugi, nie mam do czego się odwołać. Anarchizm miał oczywiście zawsze problemy z wizerunkiem społecznym, ale nigdy nie był kojarzony z marksistowskim komunizmem. Media nigdy za nim nie przepadały, jednak wielu zwykłych ludzi mogło w nim znaleźć coś atrakcyjnego dla siebie. Nie sądzę jednak by zbyt wiele osób mogło się identyfikować z kradzieżami sklepowymi, wandalizmem, podpaleniami i doktrynerską retoryką uchodzącą obecnie za anarchizm. Jeśli w przyszłości zaprzestane używania tego terminu, stanie się to właśnie z tego powodu.

Czy Twoim zdaniem w ogóle jest możliwym by na drodze przemocy udało się stworzyć wolne społeczeństwo?

Fred – Nie. Zdecydowanie nie. Jakkolwiek zdarzyło mi się napisać gdzieś, iż jakaś niesłychana katastrofa, np. kolizja z asteroidą, mogłaby tak mocno wstrząsnąć fundamentami cywilizacji, iż na jej gruzach pojawiło się jakieś wolne społeczeństwo, wypowiedzi tych nie należy traktować inaczej, jak tylko za przejaw sarkazmu.

Przemoc w celu wprowadzenia w życie jakiejś idei wiąże się nierozerwalnie z narzuceniem swej woli przez jednych drugim. Nie da się w taki sposób zbudować wolnego społeczeństwa. Zwłaszcza, że rewolucyjna przemoc nie zanika ot tak po prostu, zawsze znajdzie się kolejna grupa, przeciwko której zostanie ona użyta. Rządy motłochu i dyktatury nie idą nigdy w parze z wolnością i dobrowolnością.

Gdyby tego rodzaju zmiana była możliwa, nastąpiła by już dawno temu w początkach istnienia Stanów Zjednoczonych. Po zrzuceniu brytyjskiego jarzma przywódcy rewolty powinni rozejść się do domów i pozostawić sprawy własnemu biegowi. Rzecz jasna nic takiego się nie stało. Zamiast tego nowe władze znalazły coraz to nowsze obszary, pilnie wymagające regulacji.

Każda zbrojna rewolucja powiela ten sam schemat. Nigdy nie jest tak, iż po uderzeniu w pewną grupę ludzi, przemoc zanika, wręcz przeciwnie zawsze znajduje ona dla siebie jakieś kolejne cele, aż w końcu jej ofiarą stają się wszyscy. Dla przykładu, każdy z nas codziennie jest wielokrotnie rabowany w imię systemu stworzonego rzekomo by chronić nas przed rabusiami.

Powszechna zbrojna rewolucja, jest zatem eufemizmem dla prześladowania ludzi, z którymi jakaś grupa się nie zgadza. Wystarczy, że w miejsce rewolucjonistów wyobrazisz sobie policjantów spod znaku krucjaty antynarkotykowej, czy ultrakonserwatystów narzucających wszem i wobec swoje poglądy na moralność, a ujrzysz prawdziwe oblicze rewolucji – siłowe ograniczanie wolności, nie zaś jej poszerzanie.

Co motywuje Cię do propagowania na łamach The Match! wolnego społeczeństwa skoro nie wierzysz w jego zaistnienie w najbliższym czasie, nie wspominając już o cenie jaką przyszło Ci za to zapłacić?

Fred – Ponieważ w nie wierzę. Nie sądzę by ludzkość mogła nieprzerwanie zmierzać ku coraz większemu autorytaryzmowi. Stałe ograniczanie swobody jednostek hamuje rozwój cywilizacyjny. Kiedyś w końcu musimy sobie zdać sprawę z tego, iż brniemy w ślepy zaułek. Być może wówczas ludzie uzmysłowią sobie jakie są przyczyny ich problemów, wyrosną z ograniczeń narzucanych przez religię, i anarchizm, o ile jeszcze ktokolwiek będzie go propagował, wyda się im się rozsądną alternatywą. A być może wcale tak się nie stanie, nie wiem… Wiem jedynie, iż nienawidzę władzy tak bardzo, by zawsze stać po stronie przeciwnej, jakkolwiek by ona się nie nazywała.

Od czterdziestu lat wydajesz The Match! z pominięciem jakichkolwiek technik komputerowych. Mimo to nawet Twoi najzagorzalsi krytycy doceniają niezwykle atrakcyjny skład i szatę graficzną pisma. Czy rozwój technologii komputerowej wpłynął w ogóle na sposób w jaki wydajesz to pismo?

Fred – Cóż, na początek warto być może przypomnieć, iż niemal do końca lat 1980. nie istniały na rynku żadne powszechnie dostępne komputery, których można było użyć do przygotowania pisma. Siłą rzeczy musiałem więc korzystać z tradycyjnych urządzeń drukarskich. W początkowym okresie pracy nad The Match! niektóre z tych maszyn nie były w najlepszym stanie, wymagały ciągłych napraw, modyfikacji, itp., stąd też stanowiły one swego rodzaju ciekawe wyzwanie inżynieryjnie. Jednak już od czasu gdy udało mi się je doprowadzić do stanu używalności, zaczęły pracować bezawaryjnie przy jedynie minimalnej asyście. Spostrzegłem wówczas, iż dzięki temu sprzętowi jestem w stanie uniezależnić się od korporacyjnych drukarni i trendów technologicznych nakazujących kupowanie ciągle to nowych sprzętów. Stary sprawował się dostatecznie dobrze, zaś pieniądze które zaoszczędziłem w ten sposób pozwoliły mi na zwiększenie nakładu pisma.

W przeciągu następnych kilkunastu lat udało mi się zgromadzić i naprawić wiele urządzeń drukarskich, które choć dziś uznawane są za archaiczne nadal doskonale się sprawują. Traktuję je jak klasyczne instrumenty muzyczne. Gdy zatem ktoś sugeruje mi by zrezygnował z nich na rzecz komputera, odbieram to jako sugestię by zamienić Stradivariusa na jakiś syntetyzator. Innymi słowy uważam Wujków Dobra Rada, za frajerów, dzięki czemu jestem całkowicie uodporniony na ich uzależnienie od nowoczesnych technologii – bo tak to postrzegam. Cieszę się, że nie dałem się wciągnąć w ten nałóg i jestem przekonany, że dzięki temu pismo jest o wiele lepsze.

W 1990 r. opublikowałeś niesamowitą powieść Kenta Winslowa Dream World, nie starając się jednak dla niej o uzyskanie numeru ISBN (International Standard Book Number). Posunąłeś się nawet tak daleko, iż na stronie z informacjami autorskimi zawarłeś denuncjację tego systemu. Książka ta spotkała się z doskonałym przyjęciem czytelników, w pewnych kręgach zyskała nawet miano kultowej, a mimo to z powodu braku wspomnianego numeru została ona odrzucona przez niemal wszystkie biblioteki, księgarnie i instytucje bibliograficzne w kraju. Czego to doświadczenie nauczyło Cię na temat wolności druku w tym kraju?

Fred – Sądzę, iż tak wydawcy jak i autorzy powinni się wypiąć na instytucje przyznające numery ISBN. Przykład Dream World, pokazuje, iż można dotrzeć do sporego grona czytelników nie wchodząc w tyłek podmiotom typu Bowker Corporation i ich drogim numerom katalogowym. Każdy kto nie znosi opresji i pragnie wolności powinien wcielać swe idee w życie. Nie ma absolutnie żadnego powodu, dla którego na książce miał być drukowany jakiś numer. Podobnie jak nie ma powodu, by ludzie posługiwali się PESELami zamiast nazwiskami. Jeśli jeszcze dodamy do tego fakt, iż uzyskanie tego numeru jest płatne, stanie się oczywiste, iż pisarze powinni mieć „gdzieś” tego typu wymogi.

Analizując artykuły, które opublikowałeś na przestrzeni czterdziestu lat na łamach The Match!, nie sposób nie dostrzec konsekwencji z jaką przez cały ten czas krytykowałeś wszelkie formy autorytaryzmu. Pomimo upływu czterech dekad, generalna wymowa pisma pozostała niezmieniona. Wydaje mi się jednak, iż w kilku pomniejszych kwestiach dostrzegam u Ciebie pewną ewolucję poglądów. Mam tu na myśli przede wszystkim problem przemocy. Dla przykładu, w latach 80-tych poświęcałeś sporo uwagi zagadnieniu etycznego traktowania zwierząt i wówczas dość często zdarzało Ci się z sympatią pisać o Animal Liberation Front, organizacji której członkowie zasłynęli za sprawą licznych akcji, w których niszcząc cudzą własność (np. włamując się do laboratoriów, w których prowadzono eksperymenty na zwierzętach) chronili życie bezbronnych istot. Tymczasem dziś bardzo krytycznie wypowiadasz się o aktywistach tzw. Czarnego Bloku, którzy wedle własnych słów używają przemocy w walce z „ludzkimi cierpieniami powodowanymi przez globalny kapitalizm”. Zastanawia mnie zatem to czy dziś także poparłbyś działania ALF-u, czy też może potępiałbyś je równie zdecydowania, jak te prowadzone przez Czarny Blok. A może dostrzegasz między tymi grupami jakąś zasadniczą różnicę, która sprawia, iż w przypadku jednej z nich przemoc jest czasem uzasadniona?

Fred – W jednym z ostatnich numerów podkreśliłem, iż stosowanie przemocy uważam za uzasadnione tylko w dwóch sytuacjach – w samoobronie, lub w sytuacji bezpośredniego zagrożenia tych, którzy sami nie są w stanie się bronić. Myślę, że w omawianych przez Ciebie przypadkach kluczowe znaczenie ma to drugie zastrzeżenie. Jestem przekonany, iż włamanie się do jakiegoś miejsca w celu uchronienia zwierząt przed śmiercią jest usprawiedliwione, podczas gdy wybicie szyby w proteście przeciwko „globalizacji” takowym nie jest. Tak długo zatem, jak aktywiści ALF będą używali przemocy wyłącznie dla ochrony życia zwierząt nie ujrzysz na łamach The Match! z mojej strony krytyki pod ich adresem. Jeśli jednak ich działania zagrożą życiu lub zdrowiu niewinnych osób (np. zaczną podpalać budynki lub podkładać bomby, co narażałoby na szkody przypadkowe osoby) moja krytyka będzie równie zdecydowana jak ta, jakiej poddaje Czarny Blok. Moim zdaniem zasadnicza różnica między tymi grupami polega jednak na tym, iż o ile działania obrońców zwierząt mają na celu uratowanie przed śmiercią lub cierpieniem konkretnych istot, o tyle akty wandalizmu, takie jak wybijanie szyb dokonywane przez anty-globalistów protestujących przeciwko jakimś krajowym bądź międzynarodowym regulacjom nie chronią bezpośrednio nikogo.

By nie było wątpliwości – nie twierdzę, iż przemoc nie powinna być nigdy stosowana. Takie podejście jest charakterystyczne dla skrajnego pacyfizmu, ja zaś nigdy nie byłem jego zwolennikiem. Twierdzę jedynie, iż przemoc powinna być stosowana wyłącznie w ostateczności, w sytuacji gdy wyczerpały się wszystkie inne opcje obrony. Nie jestem natomiast zwolennikiem prezentowania przemocy jako mechanizmu uzdrawiającego jakąś chorą sytuację. Przeciwnie uważam, iż stosowanie przemocy korumpuje i prawdę powiedziawszy obserwując rozwój ALF zacząłem ostatnio dostrzegać pewne niepokojące symptomy.

Podsumowując – problem bestialskiego traktowania zwierząt wydaje mi się znacznie bardziej palący niż problemy ekonomicznego upośledzenia ludzi. Jeśli jednak jakiemuś członkowi Czarnego Bloku udałoby się przekonać mnie, iż życie konkretnej jednostki zostanie uchronione dzięki podpaleniu czyjegoś samochodu lub zdewastowaniu wystawy sklepowej natychmiast się do nich przyłączę. Nie sądzę jednak, by miało się to zdarzyć w najbliższym czasie.

W 1995 r., w 90 numerze The Match! komentując zamach na budynek federalny w Oklahoma City napisałeś: „moim zdaniem zamach ten był dokładnie tym na co wygląda: zemstą za morderstwa dokonane przez władze w Waco, przeprowadzoną przez kogoś dostatecznie odważnego by się tego podjąć i kto zarazem okazał się nie dość zorganizowany, by sprawdzić, iż w budynku tym znajduje się także przedszkole, w skutek czego śmierć poniosły dzieci, wobec których nie żywił on żadnych złych zamiarów. Brak wcześniejszego rozpoznania uznaje za karygodny błąd, głęboko żałuję, że sprawca nie przyłożył się do niego lepiej.” Cytowana wypowiedź sugeruje, iż w tym konkretnym przypadku uznałeś zemstę za uzasadnioną. Nie ulega dla mnie wątpliwości, iż w Waco dokonano morderstwa, którego sprawcy nie ponieśli odpowiedzialności. Wydaje mi się, iż dało by się przekonująco wykazać, iż powinni oni zostać powstrzymani, być może nawet zabici, tak jak stało się to z zamachowcem z Oklahoma City, który za swoją zbrodnię został skazany na karę śmierci. Oczywiście, mordercy z Waco nigdy nie zostaną doprowadzeni przed oblicze sądu, nie jest to jednak odpowiedź na zasadnicze pytanie – czy poczucie zemsty uzasadnia popełnienie przemocy? Nawiązując do wcześniejszej dyskusji – czy w Twojej wizji etycznego anarchizmu jest miejsce na stosowanie przemocy poza sytuacjami bezpośredniego zagrożenia? Czy istnieje jakiś punkt, po przekroczeniu którego odsunąłbyś na bok przywiązanie do idei i odwołał się do przemocy?

Fred – Trudne pytanie, zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę okoliczności przywoływanej przez Ciebie sprawy. Nasuwają mi się dwie odpowiedzi, jedna oparta na chłodnej kalkulacji i odwołująca się do idei i druga dyktowana przez emocje, czy mówiąc wprost żądzę zemsty. Nie przeczę, iż w tym konkretnym przypadku, odczuwam agresję w stosunku do osób odpowiedzialnych za morderstwo dokonane w Waco. Uważam, iż ludzie ci powinni zostać ukarani. Nigdy nie wyzbędę się obrzydzenia do tryumfalizmu z jakim sprawcy powiewali amerykańskimi flagami na zgliszczach swych ofiar. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że istnieją takie sytuacje, w których naruszenie godności istoty ludzkiej domaga się zdecydowanej odpowiedzi, nigdy jednak nie powinna ona dotykać osób, które nie ponosiły za nie odpowiedzialności. Zdaje sobie sprawę ze zdawkowości tej odpowiedzi, ale szczerze mówiąc nie czuje się na siłach by rozwiązać ten problem postawiony w Twoim pytaniu w zadowalający sposób. Pozwolę sobie jednakże nadmienić, iż fakt, że żaden z morderców z Waco nie został pociągnięty do odpowiedzialności jest dowodem fundamentalnej niesprawiedliwości naszego systemu prawnego. Chciałbym móc powiedzieć, iż praca na rzecz racjonalnego i uczciwego społeczeństwa (a zatem ujawnianie wszelkich nonsensów i występków rządzących) jest najlepszą formą zemsty na władzy, a więc czymś w co powinniśmy być wszyscy zaangażowani, niestety tego rodzaju aktywność nie zawsze zaspokaja emocjonalny głód.

W wakacyjnym numerze z 1988 r., w słowie wstępnym opisałeś szereg regulacji mających na celu ograniczenie możliwości propagowania przez media elektroniczne radykalnych idei społecznych. Wspomniałeś wówczas, iż „ograniczenia w dostępie do mediów elektronicznych są szczególnie dotkliwe dla nurtów takich jak anarchizm, albowiem we współczesnym masowych społeczeństwie, tylko za ich pomocą można dotrzeć do szerokich warstw społecznych i tym samym spowodować jakąś istotną zmianę. Bezpowrotnie minęły czasy, gdy podobny efekt można było osiągnąć przy pomocy słowa drukowanego.” Od tamtego czasu minęło dwadzieścia lat, a Ty nadal wydajesz pismo propagujące idee anarchistyczne. Co więcej zdecydowanie krytykujesz najpopularniejsze ostatnimi czasy medium elektroniczne Internet. Czy to oznacza, iż Twoje poglądy w kwestii efektywności rozpowszechniania wywrotowych idei za pomocą massmediów uległy zmianie? Czy raczej traktujesz Internet jako medium zasadniczo ułomne w porównaniu z innymi środkami przekazu (jak np. pirackie radiostacje, o których swego czasu wypowiadałeś się z sympatią)?

Fred – Nadal uważam, iż mając takie możliwości docierania do szerokich kręgów społecznych, jakie ma np. ten dupek Bill O’Reilly moglibyśmy zrobić bardzo dużo choćby dla zakończenia tragicznej w skutkach wojny z narkotykami, czy innych przejawów obecnie panującej tyranii.

Osobiście jednak nie widzę obecnie możliwości dotarcia do masowego odbiorcy. Internet zdecydowanie do tego się nie nadaje, przy zalewie stron publikowanych w sieci proporcje czytelnicze oscylują w okolicach 1:3, nie wspominając już o tym, iż nikt tak naprawdę nie wierzy w to co jest na nich opublikowane.

Osoby propagujące Internet głoszą, iż za jego pośrednictwem każdy może dotrzeć do milionów. To prawda, jednak większość z tych potencjalnych czytelników jest zainteresowana drobnym ułamkiem prywatnych stron domowych. Jeśli zatem mam dotrzeć do niewielkiej liczby odbiorców, to chcę by odbywało się to za pośrednictwem medium, nad którym mam całkowitą kontrolę i tekstów, które nie mogą zostać łatwo podmienione przez hackerów.

Pirackie radiostacje nigdy nie zdołały dotrzeć do szerszych mas odbiorców z uwagi na zasięg ograniczający je do kręgu najbliższych sąsiadów. Ponadto większości z nich nie udało się stworzyć dostatecznie interesującego programu, by stały się one realną alternatywą dla tradycyjnych rozgłośni. Pirackie radio miało jednak przynajmniej potencjał, którego zdecydowanie brakuje Internetowi. Zresztą gdyby stanowił on efektywną formę komunikacji, już dawno zostałby zniszczony.

Osobiście nadal najbardziej jestem przywiązany do słowa drukowanego, to nim posługuje się najlepiej, na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci zgromadziłem mnóstwo sprzętu, który pozwala mi na jego tanie i efektywne rozpowszechnianie, a ponadto ma ono wiele niepodważalnych przewag nad innymi formami komunikacji, jak np. jego długotrwałość.

W 2000 r. dwa twoje teksty ukazały się w wydawnictwach wysokonakładowych – jeden dotyczący kart lojalnościowych wydawanych klientom supermarketów (w Utne Reader) i drugi, pt. Dlaczego jestem anarchistą w Playboy’u. Czy, którykolwiek z tych tekstów przyczynił się w jakiś sposób do wzrostu liczby czytelników The Match!? Czy po ich opublikowaniu otrzymałeś jakieś ciekawe listy, zamówienia prenumeraty, etc. od osób spoza środowiska anarchistycznego?

Fred – Jeśli chodzi o artykuł opublikowany w Utne to nie, w Playboy’u owszem. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat miałem jeszcze dwie inne okazje do podzielenia się swoimi poglądami z czytelnikami wysokonakładowych pism, raz w Penthouse (w ’74), a za drugim razem w Hustler (w ‘83) i jakkolwiek być może trudno w to uwierzyć, jeden tekst opublikowany w Free Press Death Ship spotka się ze zdecydowanie większym odzewem czytelników, niż kilka artykułów opublikowanych we wszystkich wyżej wymienionych pismach. Artykuł w Utne zaowocował tylko jednym listem, notabene sugestią bym zaczął robić zakupy w sieci Trader Joe. Po tekście w Playboyu otrzymałem listy od ok. 130 osób, z których jednak jedynie kilka trwale zainteresowało się The Match! Wśród czytelników Hustler‚a, którzy zgłosili się do mnie po dziś dzień ostał się tylko jeden stały subskrybent, jednak jest on bardzo inteligentną i oddaną pismu osobą, tak więc sprawa warta była zachodu. A zatem owszem publikowanie w magazynach wysokonakładowych pomaga, ale nie tak bardzo jak mogłoby się wydawać.

Jaki był Twój pierwszy kontakt z anarchizmem? Co pomyślałeś sobie o tej idei przy pierwszym zetknięciu się z nią?

Fred – Cóż, nienawidziłem szkoły. Radziłem sobie w niej całkiem nieźle, ale nie znosiłem przymusu uczęszczania do niej. Pewnego razu w czwartej klasie głośno wyraziłem sprzeciw wobec tej formy niewolnictwa i w odpowiedzi usłyszałem, iż przymus szkolny został ustanowiony na mocy prawa. Gdy zacząłem się dopytywać jakim prawem, ktoś może podporządkowywać innych własnej woli, powiedziano mi, iż podobne poglądy głosili kiedyś kryminaliści zwani anarchistami.

Przez następne czternaście lat ten termin kołatał mi od czasu do czasu w głowie, nie rozwinąłem jednak jakoś bliżej zainteresowania nim. W pewnym momencie rozpocząłem pracę nad ateistycznym traktatem, będącym efektem moich kontaktów z mormonami oraz baptystami i wówczas spostrzegłem, iż moja niechęć do religii jest wyrazem znacznie głębszego sprzeciwu wobec wszelkich odgórnie narzucanych autorytetów (władzy). Gdy zacząłem zgłębiać literaturę na ten temat, zorientowałem się, iż od dłuższego czasu jestem anarchistą nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

Tak na marginesie, niedawno popełniłem krótki tekst na temat rosnącego sprzeciwu społecznego wobec nadmiernego obciążania dzieci pracami domowymi, w skutek czego po przyjściu ze szkoły muszą jeszcze kolejne 4 czy nawet więcej godzin poświęcać na wywiązywanie się z niewolniczych obowiązków. Pisząc go uświadomiłem sobie, iż po 47 latach, już jako wydawca pisma anarchistycznego wróciłem do tematu, od którego rozpoczęła się moja przygoda z anarchizmem.

Po przeanalizowaniu kilkudziesięciu numerów The Match! sięgających do lat 1970. zauważyłam, iż w połowie lat dziewięćdziesiątych nastąpiła gwałtowna zmiana w wymowie pisma. Punktem zwrotnym wydaje się tu być numer 89 z 1994 r., zatytułowany Sytuacja bez wyjścia, w którym napisałeś, iż według Ciebie nie jest możliwym powstrzymanie wzrostu uprawnień władzy, nie wspominając już o ich zdecydowanym i trwałym ograniczeniu. Twoje wcześniejsze teksty pozwalały mieć nadzieję, iż taka zmiana jest realna i przy aktywności odpowiedniej liczby osób może do niej dojść jeszcze za naszego życia. Obserwujesz Amerykę z pozycji anarchistycznych od czterdziestu lat, jak Twoim zdaniem będzie przedstawiała się kwestia praw jednostki za kolejne cztery dekady? Czy dostrzegasz jakąś nadzieję na lepszą przyszłość w ostatnich masowych protestach anty-wojennych i anty-globalizacyjnych? Czy Twoim zdaniem kiedykolwiek uda się ludziom stworzyć system społeczny oparty na dobrowolności uczestnictwa? A jeśli tak, to jak możemy przyczynić się dziś do jego stworzenia?

Fred – Rzeczywiście, patrząc wstecz wydaje mi się, iż w połowie lat 90. utraciłem resztki optymizmu. Co do prognoz na następne czterdzieści lat, nie trzeba być Nostradamusem, by zauważyć, iż świat zmierza w kierunku coraz większej kontroli administracyjnej, policyjnej i prawnej. Nie sądzę by w najbliższym czasie miało się wydarzyć coś podważającego tą tendencję. Bo czyż racjonalnym jest przewidywanie, iż skończy się wojna z narkotykami, skoro cały kompleks policyjno-więzienny opiera na niej swoje istnienie? Nie zarzyna się kury znoszącej warte miliardy dolarów jajka. Czy racjonalnym jest przewidywanie, iż zmniejszy się liczba nowouchwalanych praw, jeśli obecnie rok w rok wydawanych jest setki tysięcy nowych regulacji?

Co zaś się tyczy protestów antyglobalizacyjnych – nie, zdecydowanie nie uważam, by banda rozhisteryzowanych quasi-marksistów w jakikolwiek sposób przyczyniła się do poszerzenia obszaru czy to ludzkiej, czy zwierzęcej wolności. Wręcz przeciwnie, jestem przekonany, że za sprawą ich bandyckich akcji, większość osób będzie z coraz mniejszą sympatią spoglądała na radykalne idee kojarzone przez większość obserwatorów z prymitywnym komunizmem i domagała się większej aktywności policji. Ponadto uważam, iż de facto opowiadają się oni za zwiększeniem kontroli państwowej, kapitalizm chcą zastąpić zetatyzowanym merkantylizmem, który – z czego najwyraźniej nie zdają sobie sprawy – jest czymś jeszcze gorszym. Gdyby udało im się osiągnąć swoje cele, efektem byłaby niekontrolowana eskalacja władzy państwowej, jeśli poniosą klęskę przekreślą możliwość stworzenia jakiejkolwiek szerokiej opozycji wobec nadużyć ze strony wielkiego biznesu. Cokolwiek się stanie konsekwencją będzie kompletna katastrofa.

Spodziewam się, iż w przyszłości państwo będzie postrzegane jako panaceum na wszelkie problemy, począwszy od kota, który przeskoczywszy ogrodzenie zawędrował na podwórko sąsiada, a skończywszy na zagadnieniach dotyczących stosunków międzynarodowych. Wszelkie formy aktywności zostaną poddane dziesiątkom coraz bardziej szczegółowych regulacji. Dla przykładu moje niedawne doświadczenia ze służbą zdrowia dowodzą, iż sam fakt samodzielnego opłacania zabiegów medycznych wywołuje u lekarzy zdumienie i niedowierzanie. Nie jest pan ubezpieczony? Ale chyba korzysta pan z jakiegoś rządowego programu opieki medycznej? Zupełnie nie są w stanie sobie wyobrazić, ani tym bardziej poradzić sobie z sytuacją, w której ktoś pozostaje poza jakimkolwiek systemem.

Gdybyś wszedł do salonu samochodowego, spytał się ile kosztuje wybrany model i odpowiedziano by ci np. 12 000 USD, po czym wzruszyłbyś ramionami i poinformowawszy sprzedawcę, iż nie stać cię na taki zakup zacząłbyś się wycofywać ze sklepu, sprzedawca od razu zacząłby ci przedstawiać różne opcje zakupów ratalnych, wymieniać promocje, oferować darmowe bonusy, byleby tylko skłonić cię do zakupu. Podczas podobnej sytuacji w lokalnej przychodni, gdy zrezygnowałem ze zbyt drogiego dla mnie zabiegu, nikt nie starał się zaoferować mi żadnych alternatywnych metod zakupów. Lekarz popatrzył na mnie z politowaniem i powiedział „przykro mi, nie mogę panu pomóc”. A przecież jeszcze gdy byłem małym chłopcem większość pacjentów płaciło lekarzom, tak jak dziś płaci się np. sprzedawcy z warzywniaka.

Niedawno robiłem zakupy w małym sklepie osiedlowym. Gdy podszedłem do lady z plikiem kilkunastu dolarów, zaskoczony kasjer powiedział, iż jestem tego dnia pierwszą osobą która płaciła gotówką, a nie bonami zapomogowymi (food stamps). Podejrzewam, że za 50 lat tego rodzaju sytuacja będzie wywoływała u sprzedawców podobne zdumienie, jakie obecnie wywołuje u lekarzy próba samodzielnego sfinansowania operacji z ominięciem biurokratycznych procedur. Naprawdę nie zdziwię się, jeśli w przyszłości wolnościowcy będą musieli toczyć ideowe spory z etatystami głoszącymi, iż państwo musi zapewnić każdemu odpowiednie wyżywienie. „Jeśli prawo nie będzie regulowało kwestii właściwej diety, co stanie się z tymi którzy nie przyjmują właściwych składników odżywczych? Czy nie leży w interesie społecznym, by przeciwdziałać chorobom wynikającym z niedożywienia?”

Im więcej będzie pojawiało się tego rodzaju regulacji, tym większy ludzie będą mieli problem z wyobrażeniem sobie tego, jak mogłoby wyglądać ich życie bez nich. Tak więc owszem, w tym sensie rzeczywiście uważam, iż mamy do czynienia z Sytuacją bez wyjścia. Rzecz jasna świadomy odwrót od etatyzmu i zdeterminowana aktywność na rzecz zdemontowania tego rodzaju rządowych programów i związanych z nimi obszarów prawa doprowadziłby w przyszłości do stworzenia znacznie przyjaźniejszego jednostce społeczeństwa. Ale nic takiego się nie wydarzy, z tego samego powodu dla którego choć żelazo pokrywa się rdzą, rdzy nie da się zamienić z powrotem w żelazo.

To, co sam chce osiągnąć, to dotrzeć do konkretnych, indywidualnych osób, przekonać je, że ich życie należy do nich samych, nie zaś do rządów czy religii. Zachęcić je by zdecydowanie odcięły się od zła i strząsnęły z siebie łapska rządzących. Cokolwiek by bowiem nie mówić, należy pamiętać, iż w każdej talii kart kryje się jakiś joker. Zawsze może dojść do jakiegoś nieprzewidzianego zjawiska – może w Ziemie walnie asteroida, a może skanowanie tęczówek osób korzystających z bankomatów doprowadzi 96% populacji do utraty wzroku. Niewykluczone, że gdzieś za sto lat zmodyfikowana genetycznie kukurydza odbije się czkawką i wywoła bezpłodność u większości dorosłych, w skutek czego ludzkość zmniejszy się do 1 tysięcznej stanu obecnego. Wówczas być może idee, które dziś propaguję pozwolą niektórym ludziom uwolnić się od koszmaru.

Nawet jeśli powyższe scenariusze wydają się mało prawdopodobne, w moim przekonaniu warto jest podejmować działania na rzecz przeciwdziałania wszechogarniającej kontroli, już choćby po to nie dać się zadeptać. Wiem, że nie uda mi się powstrzymać wszystkich s****, ale przynajmniej mam świadomość, iż nie poddałem się im bez walki.