Kiedy mówi się o ochronie środowiska, wielu zakłada, że rząd jest w tych sprawach jedyną liczącą się stroną. Takie twierdzenie słychać ze strony radykalnych ekologów, postrzegających prywatną przedsiębiorczość jako czarny charakter, a sektor publiczny jako postać bez skazy. Coraz większa liczba naukowców i specjalistów od polityki społecznej podważa jednak ten pogląd, popierając to co nazywa się „progresywną konserwacją zasobów”. Według nich rząd w roli protektora przegrał z kretesem i w rzeczywistości dość często odgrywa rolę grabieżcy. Postępowi ekolodzy sądzą, że najlepszą metodą ochrony środowiska jest wzmocnienie pozycji prywatnych właścicieli. Troszczysz się o to, co jest twoją własnością, ale o to, co należy do „wszystkich”, nikt się nie troszczy.

Raport Narodowego Centrum Analizy Politycznej (National Center for Policy Analysis) z Dallas zatytułowany Progressive Environmentalism: A Pro-Human, Pro-Science, Pro-Enterprise Agenda for Change zawiera wiele przykładów ilustrujących ten problem. I tak Zarząd Lasów Stanów Zjednoczonych wykorzystuje pieniądze podatników, by budować drogi (osiem razy więcej niż całkowita długość Systemu Autostrad Międzystanowych Stanów Zjednoczonych) do terenów zagrożonych ekologicznie w Górach Skalistych i na Alasce, tak by drwale mogli ścinać drzewa. Biuro Zarządu Ziemi subsydiowało zniszczenie trzech milionów akrów środowiska fauny przy użyciu wyrywających wszystko na swojej drodze urządzeń łańcuchowych, by zwiększyć obszar pastwisk dla trzody.

Chociaż rząd federalny posiada tylko 4,7 miliona akrów bagien i zachęcił do zniszczenia bagien prywatnych, około 11 000 prywatnych „Klubów kaczki” (duck clubs) zdołało uchronić od pięciu do siedmiu milionów akrów bagien. Osoby prywatne i organizacje, w tym nawet firmy nastawione na zysk, działały też na rzecz uratowania dużej ilości zwierząt zagrożonych przez skutki państwowych subwencji – w innych miejscach ratowały szatę roślinną zagrożoną antyproduktywną polityką rządową. Są to sprawy, o których rzadko mówią radykalni ekolodzy i inni zwolennicy szerokiego zakresu władzy państwowej.

Podobnych przykładów dostarcza nam raport Instytutu Badawczego Pacyfiku do Spraw Badania Polityki Społecznej zatytułowany „Free Market Environmentalism” z 1991 roku autorstwa Terry’ego L. Andersona i Dona R. Leala:

„W Anglii i Szkocji, gdzie istnieją prawa własności do łowienia w pewnych rzekach i strumieniach, utworzono prywatne dobrowolne stowarzyszenia, by skutecznie chronić te prawa przed zagrożeniami nadmiernego połowu i zanieczyszczenia. Zwykle rzeki i strumienie nie mają swoich prywatnych właścicieli (są „własnością publiczną”) i stąd mają niewielu prawdziwych opiekunów i obrońców”.

Ponieważ w USA brakuje dobrze zdefiniowanych praw własności wód przybrzeżnych, praktycznie wszystkie większe komercyjnie wartościowe gatunki są w tych wodach nadmiernie odławiane, a ich zasoby ubożeją. Natomiast tam, gdzie ławice ostryg znajdują się w prywatnych rękach lub gdzie tereny połowu łososia są dzierżawione, zasoby są – jak pokazują to badania – troskliwie utrzymywane, oczywiście ze względu na bezpośrednie zainteresowanie finansowe użytkowników.

Jeśli się nad tym zastanowimy, podstawowe założenia filozofii wolnorynkowej ekologii nabierają sensu. Ludzie w większości przypadków nie zaśmiecają swojego własnego podwórka, chociaż mogą wyrzucać opakowania na cudzy chodnik albo – częściej – na drogi publiczne. Na wielką skalę odkrywamy obecnie, że w tych krajach, gdzie rząd posiada pełną kontrolę nad środowiskiem (takich jak Europa Wschodnia czy były Związek Sowiecki, kiedy panował tam jeszcze komunizm), katastrofa ekologiczna to normalna kolej rzeczy.

W naszej epoce zwiększonego zainteresowania ochroną środowiska nie wysuwajmy pochopnych wniosków, zwłaszcza takich, że rozwiązanie problemów środowiskowych wymaga większego zaangażowania rządu z jego kosztowną biurokracją. Postępowi ekolodzy usiłują nam powiedzieć, że odpowiednie bodźce w ramach wolnego rynku i własności prywatnej dużo lepiej wykonają to zadanie.

Reklamy