Przyjmę następującą definicję kradzieży: jest to zabranie komuś czegoś pod przymusem lub bez jego zgody. Definicja ta pomija problem, czy zabieranie należy się temu komu się zabiera i w ogóle komu się należy. Myślę, że jest ona uprawniona, bo można całkiem sensownie mówić, że ktoś coś ukradł zaznaczając jednocześnie, że ukradł to bynajmniej nie prawowitemu właścicielowi („zagrabił zagrabione” itp.). Tak więc pozwala ona każdemu określić, co jest kradzieżą bez odwoływania się do jego rozumienia prawowitości posiadania i sprawiedliwości. Wynika stąd wniosek, że jeżeli coś nie jest wg niej kradzieżą, to nie jest kradzieżą z żadnego punktu widzenia, bez względu na to, jakie kryteria prawowitości posiadania i sprawiedliwości się przyjmie.

1) CZY WŁASNOŚĆ PRYWATNA JAKO TAKA JEST KRADZIEŻĄ?

Spotykany jest argument, że każda własność prywatna – zakładająca posiadanie czegoś przez odrębną jednostkę lub grupę (a nie przez wszystkich i/lub nikogo) jest kradzieżą, jako że oznacza to z definicji wyłączenie pozostałych – z czym niekoniecznie muszą oni się zgadzać – z dysponowania tym czymś. Jednak wyłączenie z możliwości dysponowania nie musi oznaczać zabrania. Jeśli coś sam wyprodukuję, nonsensem jest mówić, że to komuś zabrałem, bo nikt tego nie mógł przed wyprodukowaniem mieć ani używać. Podobnie jeśli zawłaszczę coś czego wprawdzie nie wyprodukowałem, ale czego mimo to nikt nie posiada ani nie użytkuje (nie wiedząc o tym lub nie wykazując tym zainteresowania), np.zasiedlając nie użytkowany teren. Również posiadając sam siebie (swoje ciało) nie zabierałem siebie nikomu innemu, ponieważ posiadam siebie od chwili, gdy zacząłem istnieć (nawet jeśli nie wiedziałem początkowo, jak swego ciała używać). Jeżeli zaś otrzymam coś od kogoś innego za jego zgodą (dostając w prezencie lub kupując), to również oczywiście nie jest to kradzież w rozumieniu wyżej wymienionej definicji, choć ten od kogo to otrzymałem mógł to wcześniej ukraść. W tym ostatnim przypadku fakt, że to coś posiadam jest wprawdzie pośrednim skutkiem kradzieży (acz nie mojej), ale spokojnie można sobie wyobrazić sytuację, w której tak otrzymana rzecz nie była wcześniej nikomu zabrana, a tym samym skradziona. Tak więc prywatne posiadanie nie musi mieć nic wspólnego z kradzieżą. Jeśli przez „własność prywatną” rozumieć właśnie prawo do posiadania tego, co prywatnie zawłaszczone, ale nie ukradzione – własnego ciała, owoców własnej pracy, zagospodarowania nieużytku, rzeczy otrzymanych w prezencie lub kupionych od kogoś, kto zdobył je w taki sam sposób – a tak rozumieją ją wolnościowcy i ja też, to rzecz jasna nie jest ona kradzieżą.

2) CZY „PIRACTWO” INFORMACYJNE JEST KRADZIEŻĄ?

Powszechny jest pogląd, że kopiowanie lub wykorzystywanie jakiejś informacji – tekstu, muzyki, danych komputerowych, obrazu, znaku firmowego, pomysłu itd. – jeśli jej twórca zastrzegł sobie do niej „prawa autorskie” czy „patent”, jest kradzieżą. Jednak informacja w odróżnieniu od materii czy energii nie podlega prawu zachowania i pojawienie się jej gdzieś nie musi oznaczać (i najczęściej nie oznacza) jej ubytku gdzie indziej. Jeśli zrobię 100 kopii oryginału- np. filmu czy programu komputerowego – oryginał pozostanie do dyspozycji swego właściciela. Nie można tu mówić o zabieraniu, a więc i o kradzieży. Jeśli mówi się, że np. Microsoft „traci” na nielegalnych kopiach swych programów, ma się w rzeczywistości na myśli to, że „traci” on przewidywane zyski (tj. zyski, które być może osiągnąłby, gdyby nie te kopie). Ale podobnie jak w poprzednim przypadku, mówić, że można „stracić” coś, czego się nie posiada, jest nonsensem. Równie dobże można by powiedzieć, że jeden sklep na osiedlu przyczynia się do „strat” drugiego, „zabierając” mu część potencjalnych zysków.

3) CZY KORZYSTANIE Z PRACY NAJEMNEJ JEST KRADZIEŻĄ?

Nie tylko zwolennicy Marksa twierdzą, że pracodawcy okradają swych pracowników zabierając im „wartość dodatkową”. Jednak nawet przyjmując koncepcję „wartości dodatkowej” nie można mówić, że się kogoś okrada, jeśli wyraża on na to swoją zgodę. Przyjmijmy dla uproszczenia model, w którym 1 pracodawca zatrudnia 1 pracownika produkującego samodzielnie 100 produktów miesięcznie, za co ten dostaje pensję 500 złotych. Produkty te sprzedano klientom (załóżmy da dalszego uproszczenia, że w ciągu tego samego miesiąca) po 20 zł za sztukę, tak, że łączny dochód przedsiębiorstwa wyniósł 2000 zł. „Wartością dodatkową” miałoby być 1500 zł „ucieleśnione” w produktach po odjęciu kosztów siły roboczej – pensji pracownika. Otóż pracownik w umowie o pracę wyraża zgodę na zawłaszczenie produktów, a więc i zawartej w nich „wartości dodatkowej” przez pracodawcę w zamian za zapłatę. Należy przy tym zwrócić uwagę, że zawierając tę umowę zyskuje on ze swego punktu widzenia, a nie traci (bo inaczej by jej nie zawierał, chyba, że zmuszono go do tego siłą, ale w tym przypadku jest to praca niewolnicza a nie najemna), nawet jeśli znajduje się w tzw.”przymusie ekonomicznym” (gdyby mu tej umowy nie proponowano, również by się w takim „przymusie” – właściwie jeszcze gorszym, bo zamiast wyboru między pracą w fabryce i głodem miałby do wyboru tylko głód – znajdował), tak więc i w przypadku samej umowy nie można mówić o żadnym zabieraniu, a zatem i o kradzieży. A w przypadku, gdy dochód ze sprzedaży produktów wyniesie nie 2000, a np. 200 zł, bo pracodawca źle ocenił rynek przyjmując koncepcję „wartości dodatkowej” trzeba uznać, że jest ona ujemna i mówienie o okradaniu pracownika jest już zupełnym nonsensem. Faktycznie nic on w takim przypadku nie traci, w przeciwieństwie do swojego pracodawcy. W rzeczywistości teoria „wartości dodatkowej” jest błędna, bo zakłada, że wartość jest właściwością przedmiotów, gdy tymczasem „wartość” to po prostu wynik subiektywnego porównania czegoś z czymś w umyśle konkretnej osoby. (Coś jest dla mnie czegoś warte, ale dla ciebie jest tego niewarte.) Nie można zabrać komuś, nawet za jego zgodą, jego myśli…

4) CZY NIEPŁACENIE PODATKÓW JEST KRADZIEŻĄ?

Często zdarza się słyszeć opinie, że ktoś uchylając się od płacenia podatków okrada państwo i współobywateli, korzystających ze świadczeń pochodzących z funduszy gromadzonych dzięki podatkom. Jednak w rzeczywistości nie ma tu mowy o żadnym zabieraniu: jeśli ktoś nie płaci podatku, jego pieniądze zostaną tam, gdzie dotychczas były – u niego. Nie jest tak, że przywłaszcza on sobie coś, co wcześniej było w posiadaniu państwa czy współobywateli. Odwrotnie: jeśliby zapłacił podatek, państwo przywłaszczyłoby sobie to, co było dotychczas jego. A ponieważ podatki płacone są pod przymusem, można powiedzieć, że to właśnie ich ściąganie jest kradzieżą. Mówić, że uchylanie się od płacenia podatków jest okradaniem państwa czy współobywateli to tak, jakby mówić, że uchylanie się od płacenia haraczu mafii jest okradaniem mafiosów czy instytucji dobroczynnych, którym ci darowują, dajmy na to, cząstkę swoich dochodów.

Na koniec parę osobistych wynurzeń. Osobiście jestem przeciwny kradzieży tego, co z mojego punktu widzenia znajduje się w czyimś prawowitym posiadaniu – stosuje tu wymienione wyżej wolnościowe kryteria (samoposiadanie, wytwarzanie własną pracą, zawłaszczanie niczyjego, dobrowolne przekazywanie) i uważam ponadto, że jeśli nie da się dowieść, że posiadanie jest nieprawowite, należy domniemywać jego prawowitość, a nie odwrotnie (dlatego nie zgadzam się z uogólnieniami typu, że „okradają nas Żydzi” czy okradają nas „ponadnarodowe korporacje”, bo bycie Żydem czy ponadnarodową korporacją nie oznacza jeszcze koniecznie dokonywania jakiejkolwiek kradzieży, choć oczywiście poszczególni Żydzi czy ponadnarodowe korporacje mogą kraść i zapewne kradną: mogę natomiast powiedzieć, że okrada nas państwo, bo niewątpliwie i oficjalnie ściąga ze mnie i innych obywateli podatki co jest kradzieżą przy użyciu wymuszenia). Jestem przeciwny takiej kradzieży bez względu na to, czy dokonuje jej zwykły złodziej dla pieniędzy, państwo, rewolucjonista dla idei czy wyzwolona jednostka, która się w ten sposób samorealizuje. Chciałbym, by kradzież była potępiana i zwalczana przez największą liczbę ludzi, tak, by zdarzała się jak najrzadziej. Sam bowiem nie wykazuje ochoty na okradanie innych z ich własności (tak jak ją rozumiem), natomiast wielu innych wykazuje ochotę na okradanie mnie z mojej własności i robi to co mi się nie podoba. Moja wolność kłóci się z wolnością złodziei cudzej własności. Liczę na to, że w społeczeństwie jest więcej takich ludzi jak ja i będę namawiać ich do wspólnego przeciwstawienia się tym złodziejom – zwykłym, państwowym i rewolucyjnym.

Reklamy